Felietony | Andrzej Kołaczkowski | 15 lutego 2012

Instrukcja obsługi obywatela

Przy okazji każdego wydarzenia odbiegającego od normy, czyli praktycznie zawsze, gdyż wydarzeń mieszczących się w normie media nie relacjonują, bo to nudne, znajdują się natychmiast roje zatroskanych reporterów, dociekających kto i dlaczego nie przewidział, nie dopilnował, nie wydał odpowiedniego przepisu. A jak ktoś wyda stosowny do okoliczności przepis, to ci sami dziennikarze zgodnie rechoczą z głupoty przepisu.

Ostatnio jeden z urzędników Ministerstwa Sportu napisał z okazji biegania z min. Joanną Muchą wokół Stadionu Narodowego instrukcję czterostronicową, której fragment brzmi: "udział w biegu wiąże się z wysiłkiem fizycznym i pociąga za sobą naturalne ryzyko i zagrożenie wypadkami, możliwość odniesienia obrażeń ciała i urazów fizycznych (w tym śmierci), a także szkód i strat o charakterze majątkowym".
Choć zacytowany kawałek jest rzeczywiście szokujący dla ludzi, którym jeszcze pozostały resztki zdrowego rozsądku, urzędnik nie zrobił nic innego, jak tylko dostosował się do tego, co na łamach prasy i ekranach telewizji codziennie zalecają, postulują albo się kategorycznie domagają dzisiejsi prześmiewcy.
A domagają się oni od władzy, obojętnie jakiego szczebla, aby panowała nad wszystkimi przejawami życia, przewidywała wszystkie możliwe nieszczęścia i oczywiście pozostawiła jeszcze do tego obywatelowi bezgraniczną wolność.
Od lat narasta w całym świecie tendencja do traktowania obywateli jak bezmózgich debili. Wyroki amerykańskich sądów, przyznające milionowe odszkodowania wieloletnim nałogowym palaczom, lub skazujących restauracje za podanie „zbyt gorącej” kawy niosą ze sobą niepokojące przesłanie: obywatel ma prawo być piramidalnym idiotą, a państwo ma go w tym idiotyzmie wspierać i chronić. Kto skutecznie dowiedzie swego idiotyzmu, może liczyć na zrozumienie w sądzie i fortunę w telewizji. Gdyż ta ostatnia ma jeszcze większy udział w premiowaniu idiotów. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu idiota – świadom swego idiotyzmu – siedział spokojnie i nie wychylał się. Dziś przekuwa go w brzęcząca monetę w najróżniejszych reality shows.
Niezapomniany Northcote C. Parkinson w swym słynnym „Prawie Parkinsona” wykazał, że urzędnik z natury swojej ma tendencję do asekurowania się. Jak bardzo musi zaś asekurować się urzędnik otoczony ludźmi, którzy mają prawo nie wiedzieć, że podczas biegu można się potknąć i przewrócić, nie mówiąc o gwarantowanym spoceniu się, co pociągnąć za sobą może zapalenie płuc z zejściem śmiertelnym włącznie?
Do tego urzędnik wie, że jakby, przypadkiem, ktoś z uczestników skręcił sobie nogę, to dziennikarze rzuciliby się natychmiast do szukania winnych tej „makabrycznej tragedii”.
Z całą pewnością we wszystkich redakcjach dokładnie by studiowano regulamin biegu, aby sprawdzić, czy uczestnicy zostali dostatecznie poinformowani, że udział w biegu wiąże się z wysiłkiem fizycznym i pociąga za sobą naturalne ryzyko i zagrożenie wypadkami, możliwość odniesienia obrażeń ciała i urazów fizycznych (w tym śmierci), a także szkód i strat o charakterze majątkowym. Jednym słowem staraliby się ustalić czy uczestnicy biegu podjęli to ryzyko świadomie, czy też pozostawiono ich bez informacji.
Łatwo się dziś natrząsać z czterostronicowego regulaminu biegania. Ale tak przecież dzieje się wokół nas powszechnie, tylko dziennikarzy przy tym mniej.